„Chorobliwa” miłość do koni

marzenia o jeździe konno

Opisując miłość do koni, w pierwszej chwili nasunęła mi się myśl, ze można porównać ją do choroby np. przeziębienia. Podzieliłam je na trzy etapy. Zazwyczaj zaczyna się niewinnie, trochę kaszlemy i leci nam z nosa. To etap pierwszy. Ale nie przejmujemy się, samo przejdzie. Drugi etap, czujemy się coraz gorzej, pojawia się temperatura. Jeśli szybko nie zaczniemy walczyć z chorobą na pewno pojawi się etap trzeci, czyli antybiotyki i być może szpital. Nie ma, co bagatelizować przeziębienia, natomiast „chorobę” końską można a nawet trzeba zbagatelizować. Ta choroba ma trzy etapy. Pierwszy, to przyjaźń. Zaprzyjaźnianie, czasem przechodzi po paru tygodniach, ale bywa i tak, że trwa bez końca i kiedy czujesz, że coś zaiskrzyło miedzy tobą a końmi. Doprowadza to do „pogorszenia stanu zdrowia” a potem przechodzi się na drugi etap, który nazwałam zauroczeniem. Chęć posiadania własnego konia, spędzanie z nim więcej czasu i poznawanie ich codziennych potrzeb. Trzeci ostatni etap to miłość bez opamiętania, można użyć powiedzenia (wpadło się jak śliwka w kompot) są szczęśliwcy, którzy mają warunki żeby ich wierzchowiec mieszkał u nich i w tym etapie „choroby” uszczęśliwiają siebie i konia.

Etap pierwszy – przyjaźń

marzenia o koniach

Jak rozpoznać pierwszy etap? Zaczyna się niewinnie. Podobają Ci się konie, oglądasz zdjęcia zaczynasz się interesować nimi aż w końcu umawiasz się na pierwszą lekcję jazdy konnej (to tak w ogromnym skrócie). I tu bywa różnie. Zdarza się, że po kilku lekcjach mija wszystko bezpowrotnie. Ale najczęściej jest tak, że jak już usiądziesz na grzbiecie konia to już wiesz, że cię „wzięło”. Umawiasz się na kolejną lekcję, uczysz się po kolei stęp, kłus, galop. Na kolejnych lekcjach pilnie wykonujesz wszystkie ćwiczenia w odpowiednim chodzie. Twoje wizyty w stajni są regularne, a w dni, w których nie jesteś w stajni tęsknisz za tym żeby tam być. Z miesiąca na miesiąc twoja wiedza na temat koni wzbogaca się o nowe informacje, ale jest Ci ciągle mało. Szukasz książek na ten temat, czytasz w internecie, zaglądasz na bloga, chętnie rozmawiasz o swoich postępach w jeździe konnej, o koniach na których jeździsz, o stajni w której bywasz, o poznanych ludziach. Na początku jeździsz w byle jakich spodniach i pożyczonym w stajni toczku, ale im dłużej jeździsz tym bardziej chcesz mieć swój sprzęt do jazdy. Kupujesz bryczesy, buty do jazdy konnej (sztyblety), czapsy albo nawet oficerki, obowiązkowo kasko toczek potem bacik, rękawiczki może i skarpetki. Mnóstwo rzeczy można kupić. Jak już masz swoje ciuchy do jazdy czujesz się wspaniale, tak profesjonalnie. Świat wydaje się cudowny, jazda wychodzi Ci coraz lepiej i w takim stanie można tkwić bardzo, bardzo długo.

Etap drugi – zauroczenie

rozmowa z koniem

Drugi etap to zauroczenie. Jak już Ci nie wystarcza to, że bywasz w stajni tyle razy ile chcesz. Brakuje czegoś więcej wtedy zaczynasz myśleć o własnym koniku. Zaczynasz szukać na stronach gdzie można kupić konie. Zaczynasz drążyć temat, szukać ogłoszenia ze sprzedażą koni, pytasz ludzi w stajni, umawiasz się żeby obejrzeć konia. Nie koniecznie pierwszy koń, którym się zainteresujesz będzie tym, którego kupisz, ale w efekcie końcowym kupujesz sobie konika. Zanim przywieziesz go do stajni musisz kupić sprzęt dla niego, ogłowie, wędzidło, siodło, czaprak może dwa czapraki żeby były na zmianę. Koniecznie trzeba kupić komplet szczotek do czyszczenia konika może jeszcze coś do pielęgnacji kopyt. No i oczywiście najważniejsza sprawa to dom dla konia miejsce gdzie konik będzie mieszkał. Gorączkowo szukasz najlepszego miejsca, musisz dobrze wybrać żeby twój konik miał dobrą opiekę, jedzenie, wyjście na padok, no i żeby okolica była super do jazdy w teren. Te wszystkie sprawy, chociaż jest ich bardzo dużo ludzie w drugim etapie choroby zadziwiająco dobrze sobie z nimi radzą. Wszystko przebiega można powiedzieć sprawnie. Sprzęt do jazdy kupiony konik stoi w super stajni, którą sama wybrałaś, wszystko zapięte na ostatni guzik i wtedy rozkoszujesz się tym, że konik jest twój i tylko twój. Uczysz się z nim nowych rzeczy albo szlifujesz jakieś ćwiczenia, wspólne spacery w terenie, wszystko to, dla czego warto żyć. I w takim stanie można trwać przez wiele miesięcy lub lata całe, więc bardzo podobnie jak na początku, czyli przy pierwszym etapie. A kiedy czujesz, że to Ci nie wystarcza, i masz odpowiednie warunki rodzi się w głowie plan.

Etap trzeci – miłość bez opamiętania

miłość bez opamiętania

Zapadasz na trzeci etap choroby (miłość bez opamiętania) chyba nie uleczalny. Jeśli masz warunki na to żeby twój konik zamieszkał z tobą, masz pomieszczenie gdzie można by było zrobić boks dla konika albo dwóch (bo jak wiadomo konik musi mieć towarzystwo) to na tym etapie choroby nie zastanawiasz się za długo tylko doprowadzasz do tego żeby zrobić stajnie i twój koń będzie mieszkał z tobą. Oczywiście to jest zupełnie coś innego jak posiadanie konia u kogoś w hotelu. Różnica jest kolosalna. Konikiem w hotelu zajmujesz się, kiedy masz na to ochotę i prze tyle czasu ile chcesz, za resztę płacisz i nic cie nie interesuje. A gdy konik mieszka z tobą przy domu to niema zmiłuj. Jesteś odpowiedzialna za to żeby konik lub koniki były bezpieczne w boksie i na padoku, odpowiedzialna za to żeby miały owies, siano, słomę, picie, ruch, opiekę weterynaryjną i kowala o wszystkim musisz pamiętać, myśleć, wiedzieć. Na początek trzeba znaleźć kogoś pewnego i stałego od kogo będziesz kupowała jedzenie dla koni(a). Zdarza się, że owies, słomę i siano każdą z tych wymienionych rzeczy kupujesz od kogoś innego, czasem jest problem, bo żniwa były nie urodzajne i pogoda nie dopisała. Albo najzwyczajniej można się pomylić w obliczeniach ile, czego potrzebujesz dla swoich koni(a) i „jedzenia” nie wystarczy do żniw a gospodarz nie ma dla Ciebie więcej i zaczyna się szukanie w Internecie. Jeździsz pytasz, dzwonisz aż do skutku. Poza tym dbasz o czystość w boksach, więc co dziennie sprzątasz a raz na tydzień lub dwa wymieniasz całą wyściółkę. Wszystko to z miłości dla koników, gdyby nie ona (ta bezinteresowna miłość) to szybko by się znudziła ta „gówniana” robota w stajni. Posiadanie koników u siebie to praca przez 24/h. Nie ma świąt ani wakacji chyba, że masz godnego siebie zastępcę na czas twojej nieobecności. Całą pracę, którą trzeba włożyć w to żeby konie były zadbane, najedzone i szczęśliwe rekompensuje możliwość obcowania z nimi, na co dzień. Szczęście przepełnia Cię, kiedy konie na twój widok rżą na powitanie i podchodzą do ogrodzenia by można było je podrapać za uchem. Po za tym sam fakt, że mieszkasz z tak pięknym zwierzęciem jak koń napawa dumą. Uszczęśliwia Cię to, że je masz.

A ty? Zastanów się i napisz na którym jesteś etapie. 🙂

Napisano w Inne, Konie
8 komentarze dla “„Chorobliwa” miłość do koni
  1. stajenny pisze:

    Wszystko się zgadza, tyle, że w naszym przypadku, ja i Żona, choroba miała przebieg gwałtowny i błyskawiczny. Nie wynaleziono jeszcze specjalności medycznej, która byłaby w stanie nas uleczyć. Tak więc ten Rubikoń bezpowrotnie przekroczony. Jesteśmy na etapie IV – dozgonnie nieuleczalni.
    P.S.
    Dopiero trafiłem na ten blog. Jestem na początku lektury i już mi się podoba :))))
    Pozdrawiam
    stajenny – jasne, że ten od g….nej roboty

  2. Paulinka ^^ pisze:

    Wszystko okej tylko nie zawsze starcza funduszy na etap „drugi” a tym bardziej „trzeci”. Ja kocham konie ale niestety bez tego…

  3. kasiula pisze:

    kocham konie to moja pasja

  4. Klaudia pisze:

    Ja nie moge wejść na te etapy chociaż jak najwięcej czasu potajemnie spedzam z tymi pięknymi zwierzętami a moi rodzice boją sie o mnie że koń mi coś zrobi i nie pozwalają mi opiekować sie koniami 🙁

  5. Patrycja ♥♥♥♥ pisze:

    WOW!! Ale dokładny artykuł 🙂 Ja jestem na drugim etapie. Wow.. Ale etap trzeci z tymi obowiązkami, weterynarzem, kowalem, sianem słomą i owsem mnie trochę zniechęcił.
    Pozdrawiam

    • Beata pisze:

      Na początku można się wystraszyć to prawda 🙂 Obowiązków jest dużo i trzeba sobie „wyrobić” znajomości. Ale ile radości i szczęścia sprawia codzienny widok ukochanego pupila, poznajesz ich zwyczaje, sposób porozumiewania się koni w stadzie jest bardzo pouczające i fascynujące. Uwierz mi jest to tego warte, a strach ma wielkie oczy. Pozdrawiam

  6. Jolika pisze:

    miłość do koni czułam od 8 roku życia kiedy to moja bratowa pojechała ze mną do klubu jeździeckiego, była tam ze mną tylko raz a ja już wiedziałam co w życiu kocham najbardziej, bywałam tam ile się dało, potem klub zlikwidowali był Sopot Wyścigi..nie było tam wesoło , instruktorzy prymitywni, wyrażali się , śmiali jak się zaliczyło glebę…ciężki żywot ale na konikach się jeździło nawet z pracę w stajni, rodzice byli przeciwni, miałam to w nosie, po lekcjach Sopot i ten stajenny klimat, wiele razy gleba ale było fajnie, potem chłopak , małżeństwo, dzieci i na wiele lat zero koni..no chyba ,że w książkach…jednak znowu się z nimi spotkałam w wieku 53 lat..dosiadłam…i znowu choroba-czwarty rok od maja do października potem daje sobie spokój, nie , ja nie przechodzę do kolejnych etapów choć nieraz po głowie chodziło, myślę, że lepiej jest wydać kasę na kolejne jazdy i cieszyć się ,że jest takie miejsce gdzie można przy pięknej pogodzie radować się ze społeczności z tymi pięknymi, niezwykle wrażliwymi zwierzętami.

    • Beata pisze:

      Świetna historia, od młodych lat przeplatają się w Pani życiu konie. Aż zazdroszczę ja nie miałam tyle szczęścia. U mnie konie pojawiły się dużo później, ale mimo to jestem szczęśliwa że pojawiły się na mojej drodze te niezwykłe zwierzęta.
      Najpiękniejsze jest to, że mimo wszystko nadal konie są Pani miłością. Maj, październik to piękny okres na wyjazdy w teren czy też na pracę na padoku. Właściwie każda pora roku ma swój urok szczególnie gdy siedzi się na grzbiecie ukochanego konia.
      Pozdrawiam i życzę wielu godzin w siodle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*