PRZYGODA Z KOŃMI

Witam! Chciałabym się przedstawić i opowiedzieć historię naszej stajni oraz naszej przygody z końmi. Mam na imię Beata i nie jestem żadną mądralą, która styka się końmi od urodzenia, nie mam też żadnych wielkich dokonań jeździeckich na koncie. Jazda konna po prostu mi się spodobała i zapragnęłam się jej nauczyć. Kiedyś spełnienie tego marzenia nie było takie proste jak dziś, jeździectwo nie należało do łatwo dostępnych sportów.

Jak zaczęła się nasza przygoda z końmi

Pierwsze zaczęły jeździć dzieci, a my staliśmy z boku, obserwując, jak im idzie – i wtedy sami złapaliśmy bakcyla hippiki. Postanowiliśmy spróbować. Znaleźliśmy stajnię, która nam się spodobała; mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy na dobrego instruktora. Potraktowaliśmy naukę serio i poprosiliśmy Kubę, żeby był wymagający i nas nie oszczędzał. Więc raz w tygodniu, na własne życzenie, dostawaliśmy solidny wycisk.
szkic padoka
Na początku ze zdziwieniem odkryłam, że posiadam mięśnie w różnych, dziwnych miejscach. Nie miałam pojęcia, że tam są, póki nie zaczęły boleć. Po roku systematycznego treningu nauczyliśmy się podstaw. Już na dziesiątej lekcji po raz pierwszy wyjechaliśmy w teren… Ależ byłam podekscytowana! Do dziś pamiętam każdy krok stawiany przez konia, czy to na miękkim, czy na twardym podłożu, chód wierzchowca odbierałam całą sobą. Wtedy poczułam też jedność z koniem – fascynujące przeżycie, którego nie da się kupić za żadne pieniądze. Jeśli chodzi o naszą rodzinkę, oczywiście ja okazałam się najbardziej topornym uczniem – ograniczały mnie strach oraz nadmiar wyobraźni (a co będzie, gdy…), no i nie umiałam wyegzekwować od konia tego czego chciałam. Brakowało mi umiejętności, pewności siebie, ale z lekcji na lekcję, małymi kroczkami, robiłam postępy.

Przymusowa przerwa

Nasz instruktor wyjechał do pracy za granicę i musieliśmy znaleźć inną stajnię. Krążyliśmy tu i tam, ale żadna stajnia nie przypadła nam do gustu. Albo instruktor nie umiał przekazać swojej wiedzy, albo w lekcji brało udział zbyt wielu kursantów, tak że jeden koń siedział drugiemu na ogonie. W takiej sytuacji trudno stwierdzić czy naprawdę umiesz jeździć, czy po prostu twój koń robi to co kolega przed nim.

Powrót na padok

W końcu jednak trafiliśmy do fajnej stajni, gdzie instruktorką była świetna dziewczyna – z mnóstwem energii, pomysłami na lekcje oraz właściwym podejściem do początkującego jeźdźca. U Agnieszki uczyliśmy się skoków. Oczywiście mnie szło najoporniej…
szkic przeszkód na padoku
Zdarzały się dni, kiedy strach mnie paraliżował; kiedy indziej szło mi całkiem nieźle. Cóż, każdy miewa słabsze dni. Najważniejsze, że godziny spędzane w siodle dawały mi wiele radości i nigdy nie poczułam się znudzona; na każdej lekcji Aga wymyślała nam ciekawe ćwiczenia. Niestety, gdy zrezygnowała z pracy w stajni musieliśmy znowu szukać nowego miejsca, co okazało się trudniejsze niż poprzednio, bo Agnieszka mocno podniosła poziom naszych wymagań i oczekiwań od instruktora.

W międzyczasie przeprowadziliśmy się z miasta na wieś, gdzie były warunki do trzymania zwierząt, więc wpadliśmy na pomysł kupna konia, bo… właściwie czemu by nie spróbować. I tu zaczyna się tak naprawdę nasza przygoda z końmi!

Prawdziwy początek wielkiej przygody

Należało przygotować miejsce, gdzie nasz konik czułby się bezpiecznie. Wzięliśmy się za remont!
szkic stajni
Początkowo przygotowaliśmy „dom” tylko dla jednego konia, później zdecydowaliśmy się na drugiego, więc zrobiliśmy kolejny boks, potem pojawił się następny koń i trzeci już boks. Tak z roku na rok stajnia nam się rozrastała, aż zabrakło miejsca na kolejne boksy.

Pierwsza była kasztanka Fanta. Znalazłam ją na allegro; spodobała mi się cała – od czubka nosa po koniuszek ogona. Żeby ją zobaczyć na żywo, pojechaliśmy aż za Wrocław. Nie mogliśmy na nią wsiąść, bo tego dnia mocno padało, a tam, gdzie stała, brakowało miejsca na próbną jazdę. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się na kupno. No i pojawił się problem: jak wprowadzić Fantę do przyczepy. Mimo wielu prób, pomocy weterynarza i miejscowego fachowca od koni, nie daliśmy rady. Po tygodniu wynajęliśmy profesjonalistów od przewozu koni i tym razem się udało. Fanta przyjechała do nas cała i zdrowa. Najpierw musiała się zaaklimatyzować – wszystko było dla niej obce i nowe. Kowal podczas pierwszej wizyty nic przy niej nie zrobił, bo mu nie pozwoliła; musiał przyjechać po raz drugi i też było ciężko. Rozzłoszczona kasztanka kopała, ale nasz dzielny kowal poradził sobie. Zresztą z każdą jego kolejną wizytą ich wzajemne stosunki poprawiały się. Dziś Fanta stoi grzecznie – czasem tylko przypomni o sobie, żebyśmy nie myśleli, że „jest łatwa”. Fakt. Pierwsze jazdy były szalone: wieszała się na wędzidle, gnała przed siebie jakby ją ktoś gonił, nie słuchała jeźdźca. Jednak systematyczna pracy i cierpliwość szybko przyniosły efekty. Daliśmy radę – teraz Fanta jest kochaną, grzeczną kobyłką.

szkic boksów

Stadko się powiększa

Po roku zdecydowaliśmy się na drugiego konia i kupiliśmy gniadą Kalmię. Nazywamy ją Kala. Wyszukaliśmy ją podobnie jak Fantę, na allegro; spodobała nam się i wybraliśmy się na oględziny do Pleszewa. Właściciel wyprowadził ją z boksu na padok, a Kala pokazała się nam we wszystkich chodach, od stępu, przez kłus, do galopu. W boksie zachowywała się przyjaźnie, pięknie podawała nogi, pozwalała się głaskać – miała bardzo delikatną skórę, niemal papierową. Nie wsiadaliśmy na nią, bo powiedziano nam, że od dłuższego czasu stała w boksie.

Dość szybko okazało się, że Kala to „gryzoń” i uwielbia straszyć, szczególnie przy czyszczeniu; a gdy się nie zachowa czujności, naprawdę potrafi ugryźć. Nie jest to przyjemne, ale to jej jedyny minus. W ten sposób sprawdza, na ile może sobie pozwolić. Kala często zmieniała właścicieli; podejrzewam, że właśnie z powodu tych ciągot do gryzienia i straszenia. Byliśmy cierpliwi i mimo jej protestów robiliśmy swoje. Pomalutku, stopniowo dogadaliśmy się. Poszliśmy na kompromis: ona mniej straszy, a my jesteśmy czujni bo wiemy czego nie lubi i czyszczenie przebiega sprawniej.

Słodka trójca

Rok później przybył do nas trzeci koń, tym razem wałach – Kaskader. Tradycyjnie wypatrzyliśmy go na allegro. Pojechaliśmy do Baborówka, gdzie stał śliczny trzylatek; siwy, jabłkowity, z miejsca ujął nas za serca – istny słodziak! Tym razem doszło do jazdy próbnej i wszystko było okej. Zdecydowaliśmy się i kupiliśmy Kaskadera. Z nim nigdy nie mieliśmy żadnych problemów. Nie gryzie, nie kopie, za to jest wielkim pieszczochem.
słodka trójca
Mamy trzy koniki.
Nazywamy je: ciastko, karmel i czekolada. Ciastko to Kaskader, karmel to Fanta, a czekolada to Kala.

Beata Osińska